piątek, 29 kwietnia 2016

Prolog

Czarna, smolista substancja przelewała się w naczyniu, które mnich z uwagą trzymał w dłoniach. Płyn nie przepuszczał światła, przez to Brendanowi pomysł rozmówcy coraz mniej się podobał.
- Mam to... wypić? - Brendan skrzywił się na samą myśl o obrzydliwej cieczy, wlewającej mu się do gardła. Wzdrygnął się, a lodowaty dreszcz przebiegł po jego plecach.
Brendan nienawidził obrzydliwych rzeczy, a szczególnie tych, które trzeba było wprowadzić jakimś cudem do swojego ciała. W pierwszej chwili chciał odmówić mnichowi, ale przypomniał sobie, że jest to jedyny sposób na spełnienie jego marzeń. Jedyny sposób, by...
- Musisz to zrobić teraz. Zanim księżyc zajdzie - mnich przerwał jego rozmyślania, wyciągając w jego kierunku dłonie z eliksirem.
Brendan niechętnie wziął fiolkę do ręki i przymknął jedno oko. Wypuścił całe nagromadzone w płucach powietrze, a potem wziął je znów. Szybkim ruchem przystawił brzeg naczynia do ust i wlał jego zawartość do gardła. Zapiekło.
Chłopak wypuścił fiolkę, która uparła na ziemię i rozbiła się w drobne kawałeczki. Oparł dłonie o kolana i pochylił się, kaszląc gromko. Mnich patrzył na niego z twarzą bez wyrazu, a potem odwrócił się i odszedł w ciemność.
Brendan po chwili przestał kasłać i wyprostował się. Nie czuł żadnej zmiany, nie wiedział też, czy powinien takową czuć. Podszedł bliżej do zakratowanej, okrągłej dziury, prawie stawiając stopy na pokrywie. Kilkadziesiąt metrów pod nim woda chlupała wesoło, zupełnie nie podległa jakiejkolwiek logice. Miała jaskrawoniebieski kolor, przez co nie przypominała żadnej innej cieczy, jaką Brendan dotąd widział.
Nagle coś wypchnęło mu powietrze z płuc. Zgiął się w pół, chwytając za brzuch. Gdy w końcu udało mu się złapać oddech, poczuł świeżość i nową energię, wlewającą się w jego żyły. Nie założyłby się, ale miał dziwne wrażenie, że woda pod jego stopami lekko pociemniała.
Spojrzał na swoje dłonie. Emanowały teraz jasnym, zielonkawym światłem, które jednak po chwili zniknęło. Na usta chłopaka wypłynął pełen złośliwości uśmieszek. Teraz miał moc, której mógł mu pozazdrościć nawet sam Wielki Założyciel!
Kierując się po wąskich, kamiennych schodach wyszedł na świeże powietrze. Księżyc chylił się już ku zachodowi, Brendan podejrzewał, że zostało jeszcze nieco ponad dwie godziny do świtu. Tyle mu wystarczy, by przemknąć między strażnikami miasteczka, zabrać swoje rzeczy i wyruszyć do północnych lasów.
Były to ostępy tajemnicze i ponoć niebezpieczne, a już na pewno wypełnione magią. Mieszkańcy Firdei rzadko się tam zapuszczali, co czyniło północne lasy idealnym miejscem na magiczne praktyki Brendana. Chłopak wiedział, że minie jeszcze wiele lat, nim nauczy się posługiwać swoją mocą. Tymczasem jednak, musiał się skupić na ucieczce z miasta.
***
Konia zostawił na granicy lasu, nie chcąc, by odgłos jego kopyt stukających o bruk kogoś obudził.
Zresztą, nie zamierzał nawet wchodzić przez bramę.
Podczas wielu lat dorastania w odosobnieniu od rówieśników, Brendan nauczył się wykorzystywać taniec cieni, by się ukryć. Dzięki temu tylko wprawne oko potrafiło go wypatrzeć, to też zamierzał wykorzystać tamtej nocy.
Mury Theros były grube jak ulica. Podzielono je na około stu stopowe odcinki, które patrolowane były przez jednego z wartowników.
Brendan doskonale wiedział, że najłatwiej będzie mu się przekraść w ostatniej godzinie przed zmianą warty. Ludzie na murze byli wtedy ospali, a obchody robili rzadko i nieregularnie. Brendan wyznaczył sobie punkt, do którego światło pochodni nie docierało i przemknął się pod mur. Nad sobą słyszał kłapczące, powolne kroki wartownika i jego stłumione ziewanie.
Gdy człowiek oddalił się, Brendan rozpoczął wędrówkę po murze. Wspiął się szybko i sprawnie, znajdując oparcie dla stóp i rąk. Przypominał przy tym gigantycznego pająka, pełznącego po kamieniach.
Gdy wspiął się już na górę, przemknął niezauważony na drugą stronę i zaczął złazić po murze.
Stąpał ciszej od myszy, poruszając się z szybkością, jakiej nie powstydziłby się biegacz.
Po chwili dotarł do niewielkiego domu, w którego oknach wciąż paliło się światło. Babka oczekiwała go, tak jak się tego spodziewał. Stara kobieta nigdy nie potrafiła zasnąć, kiedy jego nie było w domu. Brendan jednak nie zamierzał ukrócać jej czuwania. Wręcz przeciwnie, zamierzał je wydłużyć.
Tak jak podejrzewał, okno jego pokoju było nadal otwarte. Zostawił je tak kiedy wyjeżdżał, specjalnie, by później się przez nie przekraść.
Tobołek, który z pewnością pomieściłby cały jego dobytek, leżał zwinięty i ciśnięty w kąt, jakby nigdy nic. Brendan podszedł, podniósł go i otrzepał, po czym zaczął pakować. Z każdą sekundą śpieszył się coraz bardziej, co wcale mu nie pomagało - rzeczy wyślizgiwały mu się z rąk i spadały na ziemię, nie raz powodując głuchy odgłos. Wtedy Brendan zamierał i nasłuchiwał odgłosu kroków babki. Nikt jednak nie przychodził, co chłopak uznał niemalże za cud. 
W końcu ostatnia rzecz znalazła się w tobołku, a Brendan podszedł do okna, by uciec w chłodne, nocne powietrze. 
- Możesz mi powiedzieć, co robisz, chłopcze? - Głos zmroził Brendanowi krew w żyłach. Należał on do starszej kobiety, która stała w drzwiach z założonymi na piersi rękami. 
Chłopak odwrócił się powoli i patrząc na  skrzywioną twarz babki, poczuł się jak zbity pies. W końcu to ona wychowała go, gdy został opuszczony przez rodziców. Jednak mimo wszystko wiedział, że jeśli zostanie z nią nigdy nie uda mu się wypełnić planu. 
- Wychodzę... - odparł niepewnie, powstrzymując się od spuszczenia wzroku. Babka miała w sobie coś, przez co każdy człowiek, niezależnie czy młody, czy stary, natychmiast kamieniał, gdy rzuciła w jego stronę to swoje kpiące spojrzenie. 
- Oknem, tak? - Kobieta skrzywiła się lekko i prychnęła. Była około sześćdziesięcioletnią kobietą z przenikliwymi, błękitnymi oczami. Niemal całą jej twarz pokrywały zmarszczki, a w twardych, spracowanych dłoniach ściskała mocno drewnianą łyżkę. Jej ubiór był prosty - ot, zwykła wiejska sukienka i chodaki. Włosy babki przyprószyła siwizna, nie pozwalając na zgadnięcie ich pierwotnego koloru. - Nie wydaje ci się, że okno nie służy do tego?
Brendan poczuł ogarniającą go złość. Nienawidził, kiedy babka kpiła sobie z niego, tak jak to robiła teraz. Miał ochotę wypchnąć ją z pokoju lub od razu wyskoczyć za okno, jednak wiedział, że nie jest do tego zdolny - mimo wszystko, wciąż kochał tę starą kobietę. Zacisnął palce na tobołku tak mocno, że pobielały mu knykcie i westchnął.
- Tak, oknem. Chciałem to zrobić szybko, tak żebyś nie zauważyła - mruknął cicho, marszcząc brwi. 
Kobieta stała w miejscu, z kamiennym wyrazem twarzy. I tak już niezbyt szerokie usta zacisnęła w wąską szparkę, tak, że zupełnie zbielały jej wargi. Po chwili milczenia zdecydowała się jednak coś powiedzieć: 
- Więc idź. - Jej głos nie znosił sprzeciwu, jakby chciała już tylko jak najszybciej pozbyć się chłopaka - No, wynoś się! 
Ostatni krzyk był tak niespodziewany, że Brendan aż podskoczył. Prędko wyskoczył przez okno i uciekł, nie odwracając się. Przed oczami wciąż miał wściekłą twarz babki i jej pełne smutku i zawiedzenia oczy. 
Gdy dotarł w okolice muru okazało się, że warta zdążyła się już zmienić. Nowi strażnicy byli mniej ospali, a ich obchody odbywały się częściej i sprawniej. 
Brendan zaklął pod nosem. Słońce zaczęło już nieśmiało wyglądać zza horyzontu i delikatnie malować okolicę różowawą poświatą. Tym razem zadanie będzie dużo trudniejsze.
Zachowując bezwzględną ciszę i kryjąc się w cieniach podszedł do murów. Z dołu słyszał dudniące kroki strażnika. Gdy oddaliły się wystarczająco, Brendan ruszył w górę. Tak jak wcześniej, wspinaczka nie zajęła mu wiele czasu - po kilku minutach wyszedł już na mur. Jednak gdy przygotowywał się do zejścia w dół usłyszał krzyk jednego ze strażników. Ze stresu zaszumiało mu w głowie i na chwilę stracił ostrość widzenia. Szybko jednak otrząsnął się. 
W jego stronę biegło dwóch mężczyzn, każdy z mieczem w dłoni. Brendan miał jednak tylko tobołek i... swoją moc.
- Cofnijcie się, albo potraktuję was magią! - wrzasnął histerycznie, ogarnięty nagłym strachem. Strażnicy tylko się zaśmiali.
Jeden z nich dopadł Brendana i zamierzył się mieczem. Chłopak uniknął ciosu, jednocześnie prawie przewracając się i wypadając za mur. Upadł na ziemię i przetoczył się, unikając drugiego zamachnięcia. 
Jednak przy trzecim skończyło mu się pole manewru. Stał teraz pomiędzy dwoma strażnikami. Gdy drugi z nich zamachnął się, Brendan wyciągnął ku niemu rękę.
-STÓJ! - echo krzyku rozniosło się po otaczającym ich terenie, jednak było ono niczym, w porównaniu z tym, co stało się później.
Czas jakby zwolnił, gdy z dłoni Brendana wyskoczyła wiązka błękitnej mocy i ugodziła w mężczyznę z mieczem. Odepchnięty siłą magii upadł na ziemię. W jego brzuchu ziała wypalona na wylot dziura. 
Brendan stanął sparaliżowany, jednak już po chwili złaził po murze, tak szybko, jak tylko mógł. Oszołomieni śmiercią towarzysza strażnicy nawet nie zwrócili na niego uwagi. 
Chłopak dopadł konia i wsiadł na niego. Popędził zwierzę do galopu, tak, by jak najprędzej znaleźć się daleko od Theros. W oczach błyszczały mu łzy, jednak szybko je odgonił. Przecież to na pewno nie ostatni raz, jednak... właśnie zabił człowieka.